Sprawozdanie z uniknięcia niewoli po zestrzeleniu nad Francją 13 marca 1943 r. – por. pil. Brunon Semmerling
Poniższy tekst to sprawozdanie por. pil. Brunona Semmerlinga z 315 Dywizjonu Myśliwskiego „Dęblińskiego” z uniknięcia niewoli i powrotu do Wielkiej Brytanii po zestrzeleniu nad Francją 13 marca 1943 r. Tekst został spisany w 1943 r. w Wielkiej Brytanii (redakcja objęła korektę błędów interpunkcyjnych i uwspółcześnienie ortografii):
Dnia 13 marca 1942 [właściwie: 1943] zestrzelony przez myśliwca niemieckiego wylądowałem na spadochronie o godz. 15:25, mniej więcej 5 km na płd. Od miejscowości Septe Maules [właściwie: Sept-Meules] (...)
Spadochron otworzyłem na wysokości około 18 000 feet – widzialność pionowa i pozioma była bardzo dobra. Lądowałem na drzewie i pierwszym Francuzem, który udzielił mi rady, był chłopak 17-letni. Od niego zasięgnąłem informacji, gdzie są Niemcy, w którym kierunku, czy daleko stąd i czy ich jest tam dużo – następnie, gdzie mam się udać, w którym kierunku jest wioska i farma najbliższa i czy ludzie na tej farmie są przychylni dla Anglików.
Od godz. 15:30 do 21:15 maszeruję i ukrywam się w lesie. Pierwszą oznaką, że mnie poszukują, był warkot motocykli o godz. 16:00, następnie o godz. 18:00. (Zaznaczę tutaj, że spadochron mój znaleźli dopiero o godz. 21:00 wieczorem – nie mogłem go schować, ponieważ rozpostarł się na drzewie).
Godz. 19:15 dotarłem na wioski, do której udałem się wieczorem, szukając pomocy, czekałem bowiem tak długo w lesie, aż się zupełnie ściemniło.
Siedząc na skraju lasu wybrałem sobie dom, do którego się udałem. Zapukałem we drzwi, wyszła służąca – powiedziałem jej, że chcę rozmawiać z właścicielem domu. Za 5 min pokazała się żona właściciela domu. Jej powiedziałem, kim jestem, pokazując jej „Identity Card”, żeby tem bardziej ją przekonać, następnie poprosiłem, czy może udzielić mi pomocy. Wróciła wówczas do pokoju, przyniosła szklankę wina i zabrała mnie do kuchni, która stała na środku podwórza i w której gotowali dla świń. Tam czekałem do godz. 23:20.
Wówczas zjawił się właściciel i zabrał mię do domu. W międzyczasie służąca przyniosła mi wodę utlenioną, jodynę i pomogła w obandażowaniu.
W domu czekała mnie kolacja – 2 jajka, wieprzowina, masło etc. – zaznaczam to specjalnie, gdyż z tego wynika, że nie jest tak źle na wioskach z jedzeniem, a poza tem, widać przychylność, z jaką się względem mnie odnieśli.
Mundur na cywilne ubranie zamieniłem dopiero o godz. 02:00 rano.
Do tego czasu przygotowałem sobie francuską „Carte d’identite” (egzemplarz i stempel i znaczek na nią dostarczyli mi).
Nazwisko zmieniłem na francuskie, daty urodzenia nie zmieniłem, miejsce ur. Lyon (znam Lyon), miejsce zamieszkania – Rouen; zawód – piekarz.
Miałem własne mapy Francji – ale wziąłem jeszcze od nich specjalną mapę departamentu i Francji – te znajdują się w każdym kalendarzu ściennym. (Zaznaczam, że mapa departamentu jest bardzo dokładna).
Przebrany w cywila spałem do godz. 04:00 rano, po śniadaniu o godz. 04:30 udałem się w drogę do stacji kolejowej.
Na podróż zaopatrzono mnie w żywność – 6 jajek, 1/2 kilo gotowanej wieprzowiny, 1/4 kilo cukru, chleb.
Do stacji było 9 km, do połowy drogi prowadzono mnie. Wyruszyliśmy 30 minut przed końcem godziny policyjnej (kończyła się o godz. 5-ej rano).
Sposób posuwania się – na samym przodzie pies, za nim dwieście metrów gość prowadzi rower, ja za nim w tyle na odległość wzrokową (podczas ciemności). W razie jakiegoś ruchu przewodnik mój siadał na rower, ja natomiast zostawałem w tyle.
W połowie drogi do stacji pożegnałem się z nim i doszedłem do stacji Gamache, stacja na linii Le Trepot – Paryż. (...) o godz. 6:35.
Stacja była zamknięta, ludzi jeszcze żadnych nie było, udałem się wówczas do miasta. (Zapomniałem zaznaczyć, że posuwanie się w terenie nie jest trudnym – gdyż wszędzie są drogowskazy, przed każdą miejscowością także jest tablica z nazwą danej miejscowości, prócz tego są jeszcze specjalne drogowskazy w języku niemieckim wskazujące, gdzie są dowództwa niemieckie itd.).
Przeszedłem cztery barykady, które były na głównej ulicy tego miasteczka. W miasteczku żywej duszy nie było o tej porze dnia, wytłumaczyć można tem, że była niedziela.
Udałem się z powrotem na stację, spotkałem kolejarza Francuza, jego więc zapytałem się, o której godzinie jest pociąg do Paryża. Siedząc w poczekalni chwilę później więcej Francuzów przybyło na stację. Stanąłem trzeci w ogonku po bilet, który kupiłem bez trudności. (Powiedziałem tylko troisieme [trzecia] – Paris – kosztował 87 franków).
Podróż pociągiem odbyła się bez przygód, kontroli niemieckiej nie było – tylko francuski „Douanier” [celnik] sprawdzał, czy ktoś nie szmugluje żywności.
Przyjechałem do Paryża na „Gare du Nord” mniej więcej o godz. 11-ej.
Kontroli na stacji żadnej nie było, ale za to pełno policji francuskiej – i wojska niemieckiego – nie zatrzymywałem się, tylko udałem się w pierwszą ulicę, w celu nawiązania kontaktu z Francuzami, gdyż adresu, gdzie mógłbym się udać żadnego nie posiadałem.
Pierwszego spotkałem Francuza około lat 20-tu, który rozumiał angielski, niestety bał się mnie, podejrzewając pewnie, że jestem agentem Gestapo.
Tłumaczył się, że nie zna Paryża i że przyjechał tu tylko na jeden dzień, więc pomóc mi nie może.
Drugiego zaczepiłem robotnika, ten znowu tłumaczył się, że ma żonę, dziecko, a Niemcy go mogą rozstrzelać itd.
Następnie poszedłem do kościoła, rozglądałem się za gośćmi, którzy mogliby mi pomóc, wyszedłem znowu za Francuzem lat około 20, wyglądał na inteligentnego.
Zwróciłem się do niego mówiąc, czem jestem i zapytałem się go, czy może mi udzielić pomocy – on wówczas również tłumaczył się tem, że nie jest z Paryża i że nikogo tu nie zna etc., lecz po chwili powiedział – że on może pomóc mi o tyle, że zna pewnego oficera z policji francuskiej w Paryżu, a ten pewnie będzie mógł się wystarać o papiery itd. dla mnie.
Miałem się spotkać z nim w pewnym hotelu o umówionym czasie. Niestety, gdy poszedłem do tego hotelu i poprosiłem o pokój, odmówiono mi uzasadniając, że jest przepełniony.
Wówczas powiedziałem, że jestem Anglikiem i poprosiłem o pozwolenie zatrzymania się, nie potrzeba pokoju, byle jaki kąt dla mnie wystarczy, gdyż nie mogę zostać na ulicy. Właściciel wtedy był bardzo grzeczny względem mnie, ale stanowczo nie chciał się zgodzić, bym się zatrzymał, uzasadniając, że dwa razy w ciągu tygodnia jest kontrola niemiecka.
Zrozpaczony wyszedłem szukając dalej pomocy – udałem się do dwóch starszych pań – zapytując najpierw, czy są Francuzkami. Opowiedziałem im, czym jestem i poprosiłem o pomoc – początkowo nie chciały się zgodzić, ale gdy powiedziałem, że jestem ranny i nic więcej mi nie pozostaje, jak oddać się w ręce Niemców, wówczas zaproponowały mi, żebym przeszedł się z nimi do szpitala, do którego właśnie one idą.
W szpitalu S.L. natychmiast opatrzono mię, panie te następnie zabrały mię do domu, a następnego dnia wieczorem przyszedł lekarz, który mię znowu opatrzył.
Tego samego dnia również przyszedł starszy wiekiem mężczyzna, który rozumiał j. angielski i niemiecki, ten dostarczył mi wszystkich informacji, jak się dostać do granicy hiszpańskiej i jak ją przekroczyć.
We wtorek 16-go odprowadzono mię na dworzec „Austerlitz Gare” i o godz. 20:30 odjechałem pociągiem w kierunku Bordeaux – Bayonne.
Zostałem poinformowany, że kontroli w pociągu nie będzie, tylko na stacji, ale uniknę jej, o ile wsiądę do drugiego pociągu – tramwaju w L.N. (La Negresse) i dojadę do Biarritz.
Niestety, gdy dojeżdżałem już do Bayonne w środę 17 godz. Mniej więcej 9-tej rano odbyła się kontrola niemiecka. Siedziałem w przedziale razem z pewnym małżeństwem francuskim, starszą Hiszpanką i duchownym hiszpańskim.
Kontroler w mundurze wojskowym zwrócił się do mnie, pytając o papiery, dałem mu Identite Carte, przeze mnie przedtem przygotowaną.
Zwrócił się do mnie mówiąc, że ta karta nie wystarcza, trzeba posiadać specjalne „permission” od władz niemieckich, ponieważ gdzie się znajduję obecnie to jest strefa wojskowa przybrzeżna.
Odpowiedziałem, że nie wiedziałem o tem, byłem pewny, że gdy dojadę do miejsca „L.N”, tam, gdzie mój brat pracuje, o ile zgłoszę się na policję, to dostanę pozwolenie zamieszkania i obracania się w danym rejonie.
Kontroler: skąd jadę?
Ja: Jadę z Rouen, zostałem zbombardowany przez Anglików, dom zburzony, rodzice zostali zabici, sam jestem rannym i jadę teraz do jedynego brata, który mi się został.
Niemiec zastanowił się, poprosił o mój bilet, portfel i kazał otworzyć paczkę.
Po tej kontroli oddał mi moją „Identite Carte” i poszedł.
Jak opuścić stację La Negresse miałem plany, lecz nie mogłem ich zrealizować. Wychodząc z wagonu, natknąłem się znowu na trzech żołnierzy, z kontroli – zapytałem się więc po niemiecku – czy to jest stacja La Negresse?
Oni zdumieni odpowiedzieli mi: tak, ja natomiast bez żadnych trudności (przeszkód) już wyszedłem ze stacji, nawet nie odebrano mi mego biletu.
Przed stacją jest plac, z którego rozchodzą się trzy drogi, na dwóch z nich, które prowadzą na południe, znajdują się bariery i posterunki niemieckie, natomiast trzecia wiodąca do Biarritz jest wolna.
Posuwanie się w terenie w okolicach Bayonne – Biarritz bardzo trudne, ponieważ cywilnej ludności się prawie nie spotyka (ewakuowana).
Spotkałem jednak starszego Francuza, który przeprowadził mię przez Biarritz do St. J. de Luz. Są tam dwie drogi, trzeba iść drogą przybrzeżną, która jest o tyle trudna, że trzeba przechodzić przez umocnienia polowe, przy których pracują żołnierze niemieccy.
Wśród wojsk tych jest około 8–10% Polaków, przeważnie z Pomorza. Na odcinku Bordeaux – Bayonne jest także dużo Polaków w wieku od 18–23 lat, którzy pracują w organizacji „Todta” przy umocnieniach i fortyfikacjach nabrzeżnych, są to chłopcy przeważnie z Lubelszczyzny.
Idąc szosą nadbrzeżną z Biarritz do St. J. de Luz przeszedłszy 4 km od B. dochodzi się do restauracji, która znajduje się przy samej szosie po prawej stronie, z napisem „Marihart”, trzeba wejść do tej restauracji, mogą być w niej Niemcy, poprosić wówczas o kieliszek wina, zapytać się o p. Napoleon, który jest właścicielem tej restauracji, jemu w odpowiednim momencie, poprosiwszy go gdzieś do tylnego pokoju, powiedzieć, że się jest Anglikiem i poprosić go o przeprowadzenie przez granicę do Hiszpanii, on resztę załatwi.
Podkreślam, że dojście do tego miejsca jest bardzo trudne, ale o ile się człowiek tam znajdzie, to jest 100% gwarancji, że zostanie się przeprowadzonym bezpiecznie do samej granicy hiszpańskiej.
Uwagi:
Nawiązywać kontakt z ludnością, idąc wprost do mieszkania, mówić tylko z jedną osobą. Można się spotkać b. często z zarzutem, dlaczego Anglicy bombardują ludność i miasta francuskie – odpowiedź na to: strat wśród ludności przy bombardowaniu nie da się uniknąć, a cyfry, które są w gazetach nie są prawdziwe, ponieważ jest to propaganda niemiecka, która dąży do wywołania nienawiści Francuzów względem Anglików.
2) Nie nawiązywać kontaktów z pastuchami w wieku 16–20 lat.
3) Nie jechać do dużych miast nie mając adresu, gdzie się tam udać, najbezpieczniejsze są wioski, np. półn. Francja wcale Niemców nie ma po wioskach.
4) W razie spotkania żołnierza niemieckiego, o ile jest możliwość, że on chce legitymować, uprzedzić go pytaniem, o czas, drogę itd., o ile możliwie wtrącić w to pytanie jedno lub dwa słowa po niemiecku.
Brunon Semmerling
