Polskie Siły Powietrzne w II wojnie światowej

17 czerwca 1941 r. – kpt. pil. Tadeusz Rolski (306 Dywizjon)

Poniższy tekst to relacja kpt. Tadeusza Rolskiego (wówczas dowódcy 306 Dywizjonu Myśliwskiego „Toruńskiego”) z ataku na lotnisko w dniu 17 czerwca 1941 r. Tekst został spisany kilka bądź kilkanaście lat po wojnie:

Nasze ataki na lotniska nieprzyjacielskie, dokonywane w ciągu dnia, często nie dawały pożądanych rezultatów, gdyż hangary były puste; powziąłem więc decyzję, aby zaatakować gniazda Luftwaffe tuż przed świtem, czyli w ciągu tych kilku minut, kiedy samoloty niemieckie znajdować się będą jeszcze na ziemi, a światło wstającego dnia pozwoli już na rozpoznanie celów. Podzieliwszy się tym projektem z Kentem i z McEvoyem, którzy przyjęli go wprost z entuzjazmem, opracowałem plan wyprawy.

Ustaliłem, że 17 czerwca polecimy na 4 maszynach. Jako towarzyszy wyprawy wybrałem obu dowódców eskadr, tj. Zarembę i Słońskiego, mianowanego na miejsce Witorzeńcia, który w tym czasie objął dowództwo 302. dywizjonu, oraz Nowaka. Ta decyzja wyznaczająca na wyprawę całą „starszyznę”, była nawet powodem typowo lotniczych wisielczych dowcipów. Pamiętam, jak Pniak dowiedziawszy się o tym zacierał ręce i śmiejąc się mówił basowym szeptem, słyszalnym w promieniu kilkudziesięciu metrów: „Panowie, nareszcie otwiera się dla nas droga do awansów na dowódców. Nasze szanse rosną”.

Wystartowaliśmy na 40 minut przed świtem, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno, tylko na północnym wschodzie wątła jasność nieba zapowiadała dzień.

Zaraz po starcie wzięliśmy kurs 110° i weszliśmy na 3 000 m. Północna strona nieba rozświetliła się drżącą poświatą zorzy polarnej, widzialnej z tej wysokości zupełnie wyraźnie i odbijającej się w morzu. Południowa strona, tam gdzie leżała Francja, była zupełnie czarna. Przyjęliśmy szyk „schody w prawo”. W ten sposób mój najbliższy boczny widział na tle nieba sylwetkę mojego samolotu, następny widział nas obu, a wreszcie – wszystkie samoloty lecące na lewo od niego.

Celem naszym było lotnisko Messerschmittów-109 w Abbeville, a taktyką – zjawić się po złodziejsku, cicho i niepostrzeżenie nad celem i rąbać wszystko, co się pojawi w kręgu celownika. A zaraz potem, nie czekając aż się szkopy obudzą, pruć do Anglii ile gazu w silniku.

Począwszy od wybrzeża Francji zacząłem schodzić stopniowo w dół na przymkniętym gazie, tak że lecieliśmy prawie bezgłośnie. Chciałem tak wycelować, żeby zjawić się nad lotniskiem w Abbeville o pierwszym brzasku i nie wyżej niż 300 m. Przeliczyłem się w czasie. Mylnie obliczyłem godzinę świtu, a właściwie dałem zbyt dużą poprawkę na lot w kierunku wschodnim, co, jak wiadomo, sprawia, że noc staje się krótsza. W rezultacie, gdy znaleźliśmy się nad Abbeville, ziemia była jeszcze pogrążona w ciemnościach, co przy dużym zalesieniu okolicy i całkowitym zaciemnieniu sprawiło, że nie mogłem rozpoznać nie tylko celu, ale nawet charakterystycznych punktów terenu. Rezygnując z pełnego zaskoczenia, zatoczyłem nad okolicą krąg o dużym promieniu, mając nadzieję, że coś wreszcie wypatrzę – wszystko na próżno. Panowała nieprzenikniona ciemność.

Widząc, że nic tutaj nie zdziałam, skierowałem się nad cel rezerwowy, którym było lotnisko Le Touquet, leżące nad samym morzem. W czasie pokoju miejscowość ta była letniskiem odwiedzanym tłumnie przez Anglików. Tutaj znalezienie lotniska nie przedstawiało trudności. Wprawdzie ziemia pogrążona była jeszcze w ciemnościach, ale lecąc nisko zauważyłem kilka jaśniejszych plam, które zidentyfikowałem jako odblaski latarni ukrytych pod dachami, przy hangarach i innych budynkach. Wziąłem na cel jedną z takich plam i nacisnąłem spust ciekaw efektu, jaki przyniesie seria 12 kaemów.

Efekt był rzeczywiście bardzo wyraźny, ale zupełnie niespodziewany. Nie wiem nawet, czy seria była celna, bo z chwilą naciśnięcia spustu nic już nie widziałem. Strumienie ognia, wytryskujące z moich kaemów, zbiegające się przede mną gdzieś w odległości 200 m, oślepiły mnie jak błysk latarki wśród ciemnej nocy. Przekonawszy się, że smugi fosforyzujących pocisków nie pozwolą mi obserwować wyników, przerwałem serię i wzniosłem się trochę wyżej. Gdy spojrzałem za chwilę w dół, zobaczyłem, że jeden mój boczny, podobnie jak ja, pluje ogniem. Z boku i z góry wyglądało to fantastycznie. Zdawało się, że strzela on piorunami. Pozostali dwaj gdzieś się urwali.

Znowu wziąłem na cel hangar i posłałem drugą serię. Mój boczny, por. Nowak, podał później w meldunku z lotu bojowego, że widział, jak po naszych atakach coś się zaczęło palić, i to w dwóch miejscach.

Ogólny jednak wniosek, jaki wysnułem z tego lotu, mówił, że samoloty z tak wmontowanymi kaemami nie nadają się do działań nocnych. Blask płomieni i świecących pocisków zbyt silnie raził źrenice pilota, które na skutek długiego przebywania w ciemnościach były bardzo na nie wrażliwe. W rezultacie niekontrolowane serie szły „w okno Pana Boga”, a oślepiony pilot łatwo mógł rąbnąć maszyną o ziemię albo zaczepić o drzewo.

Niemniej wyprawę tę uważałem za pożyteczną. W samej koncepcji traktowałem ją jako eksperyment, który miał wyjaśnić, i rzeczywiście wyjaśnił, wiele rzeczy, zwłaszcza w sprawach uzbrojenia i wyboru pory dnia do tego rodzaju ataków.

Do Anglii wracałem tylko z Nowakiem. Tamci oderwali się rzeczywiście jeszcze nad Abbeville, gdyż zdołali zidentyfikować i ostrzelać lotnisko, ale bez widocznych rezultatów.

Powrót odbywał się w ciemnościach. Na północnej stronie nieba wciąż jaśniała mieniąca się zorza polarna. Nowak leciał z lewej strony i z mego punktu widzenia w całkowitych ciemnościach. Mogłem tylko zauważyć błyski płomieni z rur wydechowych jego silnika.

Był początek świtu, kiedy zaczęliśmy lądować. W kilka minut później przylecieli Zaremba i Słoński. W ciągu całej wyprawy nikt do nas nie strzelał ani nad celami, ani przy przekroczeniu brzegów Francji. Nie ponieśliśmy więc żadnych strat, nie zrobiliśmy też Niemcom dużych szkód.

Tadeusz Rolski