Polskie Siły Powietrzne w II wojnie światowej

21 października 1941 r. - plut. pchor. Edward Jaworski (315 Dywizjon)

Poniższy tekst to relacja plut. pchor. Edwarda Jaworskiego (wówczas pilota 315 Dywizjonu Myśliwskiego "Dęblińskiego") z walki w dniu 21 października 1941 r. Tekst został spisany kilkadziesiąt lat po wojnie:

W dniu 21 października 1941 r., w locie bojowym w rejon Lille, 315 Dywizjon jako prowadzący pod dowództwem kpt. Szczęśniewskiego, ubezpieczany przez wyżej ustopniowane Dywizjony 306 i 308, przekroczył wybrzeże francuskie Le Touquet na wysokości 21 tys. stóp. Na tej wysokości notowany jest bardzo silny zachodni wiatr, który dosłownie gnał nas na wschód. Ostrzeżenie radiowe podaje 40 nie rozpoznanych samolotów na naszym kierunku. Przyjmujemy to do wiadomości, lecz wkrótce podają nam poprawkę: to są własne, więc zawracajcie. Po zwrocie do tyłu, kierujemy się na zachód do Kanału. Po kilku minutach lotu, jeden z naszych pilotów melduje: sześć Me-109 przechodzi pod nami z prawej na lewą stronę. Idealna pozycja do ataku. Propozycja pomocy dowódcy jednego z górnych dywizjonów zostaje skwitowana przez kpt. Szczęśniewskiego słowami: damy sobie radę - kontynuujcie lot. Cały dywizjon atakuje z lewego wywrotu. Niemcy uciekają w lewym zakręcie na wschód, spodziewali się takiego ataku. Gdy dochodzę do ogona wybranego, widzę kolegę po prawej, jak do niego strzela Me-109. Na sekundę skupiam uwagę na ostrzeżeniu kolegi i w tym momencie dostaję z działka (dwa pociski w prawe skrzydło) i wiele dziur po karabinowych pociskach w skrzydłach, kadłubie, kilka wgłębień w płycie pancernej za głową i plecami. Uszkodzona została, jak później stwierdzono, butla ze sprężonym powietrzem. Samolot na pełnym gazie wpada w korkociąg, róznocześnie zakrztusił się silnik, buchnął dym i ogień z rur wydechowych. Przymykam gaz, zrywam z twarzy maskę tlenową z mikrofonem i pilotką, odpinam pasy. Jeszcze przed skokiem mam wyrzucić osłonę kabiny. Moment zastanowienia: próbuję dodać gazu. O dziwo, silnik wchodzi na obroty - błysk nadziei. Sponiewierany w kabinie wyprowadzam nadludzką siłą samolot z korkociągu. Reaguje na stery przy użyciu dużej siły. Wokoło krąży zgraja Niemców, każdy chce dobić, bo to takie łatwe. Doskonale zorganizowana pułapka. Podesłano nam przynęte w postaci sześciu Me-109, które chytrze podprowadziły nasz Dywizjon pod zgraję 40 sztuk tych omyłkowo rozpoznanych jako własne. Wykonuję karkołomne ewolucję i kieruję się w dół w stronę brzegu Kanału. Będąc przy samej ziemi zabezpieczam się przed atakiem od dołu, a przez gwałtowne zwroty powstają tak niebezpieczne zawirowania od śmigła, że trzeba bardzo uważać, by nie zaczepić o falę. Brzeg przekraczam na kilku metrach. Widzę zaledwie kilka obłoczków z artylerii, bo tuż za mną trzymają się dwa Me-109, widocznie reszta odstąpiła - bo i po co. Widzę lecące serie jak czerwone iskierki to z prawej, to z lewej. Dlaczego ten Kanał taki szeroki? Wydaje się, że nie starczy mi sił. Gdzie te biały skały Dovru? Nie wiem ile odmówiłem zdrowasiek. Widzę już zamglone skalne wybrzeże, ale bliżej płynie kilka kutrów torpedowych. Czuję przypływ nowych sił i teraz decyduję się na desperacki krok. Zamykam nagle gaz. Nagłe i niespodziewane wyhamowanie zaskakuje Szwabów, którzy wyskakują niechcący do przodu. Jeden z nich idzie z rozpędęm w górę, a drugi wpada przede mnie i teraz ja mam możliwość dojścia do pozycji strzału. Niestety, moje uzbrojenie jest unieruchomione z powodu przestrzelenia instalacji pneumatycznej. Niemiec nie wie o tym, ale zdaje sobie sprawę, że wpadł na przegraną pozycję. Ratuje się ucieczką. Marynarze z kurów obserwujący nasze zmagania wiwatują rzucając czapki do góry.

Od chwili oberwania celną serią miałem zwolnione pasy bezpieczeństwa. Podczas wykonywania karkołomnych, przymusowych i rozmyślnych ewolucji i uników, często nieprawidłowych, aby tym utrudnić moim prześladowcom prawidłowe celowanie, całą siłą lewej ręki kurczowo trzymałem się czegoś w kabinie, aby zmniejszyć do minimum występujące momenty nieważkości. Nie uniknąłem ogólnego poobijania, ale szczęśliwy, podśpiewując sobie wesołe melodie, lecę do Northolt. Było trochę w tym ryzyka, bo mogła wystąpić jakaś nieprzewidziana awaria. Rozsądnie byłoby lądować na najbliższym lotnisku, ale ambicja ciągnęła mnie do bazy. Nie wiem nic co się działo w powietrzu, bo od momentu zerwania pilotki i maski tlenowej w których jest mikrofon i słuchawki, nie miałem żadnej łączności.

Samolot mój został sfotografowany ze wszystkich stron i znalazł się w wielu dziennikach polskich i angielskich, jako nieprawdopodobny egzemplarz latającego aparatu cięższego od powietrza.

Edward Jaworski