Polskie Siły Powietrzne w II wojnie światowej

1 stycznia 1945 r. – ppłk pil. Aleksander Gabszewicz (131 Polowy Port Lotniczy)

Poniższy tekst to relacja ppłk. Aleksandra Gabszewicza (wówczas dowódcy 131 Polowego Portu Lotniczego) z nalotu na lotniska w Gandawie i Sint-Denijs-Westrem 1 stycznia 1945 r. Tekst został spisany ok. 1966 r.:

Przeszło cztery lata minęły od walk powietrznych nad Wielką Brytanią. Cztery lata od czasów zmagań, które już wówczas przeszły do historii, jako pierwsza wygrana bitwa, która zmieniła bieg wojny.

Teraz czytając te słowa, wiemy, że rok 1945 był rokiem końca wojny, ale w dniu pierwszego stycznia tego roku, tak jeszcze nie wyglądało.

Marszałek Göring zdecydował uderzyć w tym dniu na lotniska alianckie w Belgii, Holandii i Francji. Prawie wszystkie lotniska polowe zostały zaatakowane. Göring zdecydował się na to zaskoczenie rozumując słusznie, że większość pilotów po Sylwestrze będzie „uziemiona”, połykając aspirynkę po burzliwej nocy. W większości jego przypuszczenia sprawdziły się. Atak był przeprowadzony przez myśliwców niemieckich z lotu niskiego. Samoloty, składy benzyny, samochody i urządzenia lotnicze były ostrzelane przez karabiny maszynowe i działka Focke-Wulfów i Messerschmittów. Atak odbył się jednocześnie na wszystkie lotniska. Było to kompletne zaskoczenie. Setki niemieckich samolotów myśliwskich atakowały o świcie. Było to zaskoczenie i z tego jeszcze powodu, że poczynając od dnia inwazji trudno było spotkać niemieckie samoloty w powietrzu. Aż tu nagle, 1 stycznia 1945 roku setki myśliwców niemieckich sprawiły Aliantom „lanie”.

Trzeba przyznać, operacja ta była obmyślana i wykonana przez Niemców doskonale. Co wówczas robiło 131. Polskie Skrzydło (131 Polish Wing)? Nim opiszę dzieje polskiego Skrzydła w tym dniu muszę się cofnąć do poprzedniego dnia; do ostatnego dnia 1944 roku.

Skrzydło nasze było w trakcie „przenosin” z lotniska St. Denijs w Gandawie do Grimbergen pod Brukselą. Wszystkie dywizjony, to znaczy samoloty, piloci, obsługa ziemna i część łączności stale jeszcze była w Gandawie i operowała z Gandawy. Ja, mój sztab, część łączności i część administracji przygotowywaliśmy lotnisko Grimbergen do przyjęcia samolotów Skrzydła, które miały zacząć startować z tego lotniska w pierwszych dniach stycznia. Łączność radiowa i telefoniczna była nawiązana z obu lotniskami i dowództwem operacyjnym 84. Grupy. Nie bardzo chcieliśmy być rozdzieleni na Sylwestra, ale rozkazu nie można było zmienić. 31 grudnia specjalny goniec, motocyklista, przywiózł od mjr. pilota Tadeusza Sawicza (mojego zastępcy), od kolegów pilotów i całego personelu list zaproszenie na Sylwestra. Połączyłem się telefonicznie z Sawiczem w Gandawie.

„Tadziu, tu w Grimbergen jest pełno roboty, więc muszę zostać. Najlepiej jak zrobimy zabawę po przeniesieniu do Grimbergen. Wyślij jutro o świcie 308 i 317 na patrolowanie frontu z bombami, 302 także, ale niech pozostawią dwie czwórki na ziemi”.

Tadzio Sawicz zgodził się. Życzyliśmy sobie powrotu do wolnej Polski w 1945 roku.

Tego wieczora nic specjalnego się nie działo, chyba to, że zebrało się nas paru w „Operation Room” i wywoływaliśmy „duchy” talerzykiem. Jakoś to nie kleiło się, więc zapowiedziałem, że jutro wstaję wcześnie, bo chcę rozmawiać z Sawiczem przed startem samolotów na operację i wyrzuciłem „Sztab” z pokoju.

Rano, przed świtem, już byłem na nogach. Zagrzałem wodę do golenia, zjadłem dwa suchary i połączyłem się z Tadziem Sawiczem. Pogoda była bezchmurna.

– „Dywizjon właśnie startuje” – mówił Tadzio.

„Dobrze; będę w „Operation” przez godzinę i 20 minut, a potem pojadę na śniadanie” – odpowiedziałem.

Był mroźny poranek. Na wschodzie, niebo z czerwonego powoli zmieniło się w pomarańczowo-złote. Zobaczyłem oficera amerykańskiego idącego od bramy wejściowej w kierunku Fortecy, która przyleciała wczoraj z grupą amerykańskich oficerów na zabawę sylwestrową do Brukseli.

– „Good morning!”

– „Good morning!” – odpowiedziałem.

– „Idę przespać się trochę w samolocie. – Około 11-ej wszyscy przyjdą i trzeba będzie startować.

Połączyłem się telefonicznie z 84. Grupą. Tak, mają łączność radiową ze Skrzydłem. Wszystko gra; jak być powinno. Ogoliłem się i powiadomiłem „Sztab”, że za 20 minut jedziemy na śniadanie. Jeszcze raz dzwonię do Grupy. „Wasze dywizjony już za parę minut kończą patrolowanie” – poinformował mnie Operation Officer.

Wychodzę z „Operation” i idąc do swojego samochodu zawiadamiam „Sztab”, że są cztery miejsca wolne. Wtem widzę grupę samolotów w niskim locie. Zbliżają się do lotniska. Może 15, może 20 samolotów. Pomyślałem sobie: to moje Polusy chcą nam złożyć wizytę w drodze powrotnej z patrolowania. Nie! To nie Spitfire'y! O rety! To Focke-Wulfy! Już zaczęli strzelać. Krzyczę: – „Uciekać! To Niemcy!” Biegnę jak najszybciej. Wpadam do „Operation Room”. Kładę się na podłogę, pod stołem gdzie są telefony. Łączę się z 84. Grupą. Krzyczę do telefonu: „Gabby speaking from B 60. Formation of Focke-Wulfs strafes Grimbergen!”. Kładę słuchawkę. Dopiero teraz słyszę, jak pociski walą w ścianę „Operation Room”. Szyby w oknach rozprysły się. Czołgam się ku drzwiom, które są otwarte. Zauważyłem, że obok drzwi oparty jest karabin. Sprawdzam. Naładowany. Łapię i podsuwam się pod drzwi. Focke-Wulfy obrabiają Fortecę ze śpiącym wewnątrz niej Amerykaninem oraz samochody ciężarowe. Zdaje się, że jest około 30 Focke-Wulfów.

Wychylam się przez drzwi i biorę na muszkę pierwszego Focke-Wulfa. Strzelam raz za razem, do czasu aż zabrakło mi amunicji. Teraz dopiero zauważyłem, że telefon brzęczy. Podskakuję do telefonu.

– „Group Captain Gabby speaking”.

– „Mówi 84. Grupa. Czy to prawda, że Focke-Wulfy były nad waszym lotniskiem?”

– „Nie tylko były, ale jeszcze są! A ja rozmawiam z Tobą leżąc pod stołem i trzęsąc się ze strachu”.

Cały atak na Grimbergen trwał około 15 minut. Staram się połączyć z Sawiczem w Gandawie. Telefon nie odpowiada. Wyskakujemy na zewnątrz. Samochód mój nienaruszony. I Forteca stoi, jak stała.

Zabrałem Jodego [F/O Berelis Jodidijo] i pojechałem pod Fortecę. Wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem do samolotu, bo tam przecież był ten amerykański oficer. W tym samym czasie wychyla się spod kadłuba mój poranny przyjaciel i krzyczy „Oh! My God! Kule tak blisko przechodziły, że pomiędzy mną, a moim ciałem” („Between me and my body”). Zostawiłem go i jadę na drugi kraniec lotniska, gdzie byli umieszczeni w domkach nasi żołnierze. Na skraju lotniska widzę jakiś rozbity samolot.

Rzeczywiście! To Focke-Wulf! Przy nim grupa polskich żołnierzyków z karabinami i pilot niemiecki w kombinezonie. Dopiero później dowiedziałem się że kuropatwa wpadła do chłodnicy Focke-Wulfa i przegrzany silnik zatarł się. Przywiozłem jeńca w asyście dwóch żołnierzy do sztabu. Umieściliśmy go z wartownikiem w pustym pokoju. Łączę się telefonicznie z 84. Grupą. Mówią mi, że była wielka bitwa nad Gandawą, ale nie znają jeszcze szczegółów. Powiedziałem im, że jadę sprawdzić, co się dzieje. Dwie godziny jazdy samochodem do Gandawy. W drodze męczą mnie czarne myśli i niepewność.

Już na parę mil od lotniska widzę duży słup czarnego dymu przesłaniający miasto St. Denijs. Tłumy ludzi pod bramami lotniska. Chyba cała ludność Gandawy. Wjeżdżam na lotnisko. Składy benzyny wciąż się palą. Spalone Spitfire'y, gościnne Fortece i Halifaxy ciągle się tlą. Szukam Sawicza. Dowiaduję się, że jest on w „Operation”. Wpadam do pokoju operacyjnego i o dziwo – wszyscy roześmiani. Czy ja mam bzika, czy oni?

Tadzio Sawicz roześmiany, obejmuje mnie i mówi: „Olek, ale daliśmy im bobu!”

– „Tadziu co się stało?”

– „Olek, czy ty możesz sobie wyobrazić. Wtedy gdy oni objeżdżali nas w lewo i prawo z działek i K.M.-ów wówczas nadleciały nasze dywizjony 308, 317 i 302. Powstał cyrk nad lotniskiem! Oto rezultat: 20 FW. – zestrzelonych, 1 F.W. – prawdopodobnie zestrzelony, 4 F.W. – uszkodzone”.

Nagle twarz Tadzia Sawicza posmutniała. „Ale niestety, por. Chojnacki z 308. Dyw., por. Powierza z 317. Dyw. i czterech z obsługi ziemnej zabici, 17 ciężko rannych i 7 lekko” Gratulowałem sukcesów dowódcom i pilotom. Pojechaliśmy z Tadziem oglądać lotnisko, a w parę godzin później do szpitala odwiedzić rannych. Przy rannych już się kręcił nasz ukochany kapelan ks. Walenty Nowacki. Dopiero wieczorem, przy szklance (lub dwóch) ginu dowiedziałem się o szczegółach. Oto pierwsza relacja.

„Wystartowaliśmy o 7.30 z bombami, by złożyć wizytę noworoczną Hans von Stunke. Czyli Szkopom. Pogoda cudna, nieznaczna poranna mgiełka. Niektórzy piloci meldowali przez radio, że daleko w dole leci formacja Tajfunów. Teraz wiemy, że to nie były Tajfuny, lecz Focke-Wulfy. Te dwa typy samolotów są do siebie podobne; szczególnie z dużej odległości. Już minęło 50 minut od startu. Zrzuciliśmy bomby na przeprawy na Renie. Powoli zbieramy się, by wziąć kurs na śniadanie. Wtem usłyszeliśmy w radiu podniecony głos naszego Flying Control: „Na Miłość Boską wracajcie szybko do domu! Szkopy atakują lotnisko!”

Dowódcy dywizjonów potwierdzili odbiór i wszystkie dywizjony z różnych części frontu na pełnym gazie lecą na odsiecz własnemu gniazdu. Nie trzeba było patrzeć na mapę i szukać lotniska, bo już z daleka widać było wybuchy, ogień i dym. Gdy zbliżyliśmy się od strony Antwerpii widać było już karuzelę czarnych muszek. To Focke-Wulfy atakują z niskiego pułapu lotnisko i po ataku nabierają wysokości, by znowu skręcić i powtórzyć ostrzeliwanie. Uderzyliśmy na nich. To było kompletne zaskoczenie. Chyba połowa zestrzeleń nastąpiła w pierwszym naszym ataku. To była rzeźnia.

Następne zwycięstwa były wypracowane kołowaniem. Focke-Wulfy zaczęły wymykać się i uciekać na północ. Nastąpił pościg, w którym piloci nasi odnieśli ostateczne zwycięstwa. Dwa nasze samoloty usiadły na polach z braku benzyny”.

Tak wyglądało to w powietrzu, patrząc okiem pilota naszego Spitfire'a.

Opis tej walki nie byłby kompletny, bez podania wrażeń obsługi ziemnej, która najbardziej przeżyła ten morderczy atak.

Starszy sierżant Zygmunt Suliński, rusznikarz 302. Dyw. Myśliwskiego, tak opisał atak:

„Okazało się, że to nie były Tajfuny nadchodzące od słońca. To „nieistniejąca” Luftwaffe reprezentowana przez Focke-Wulfy. Samoloty niemieckie wprost przygniatały nas do ziemi. Gwizd silników i pocisków z działek i karabinów maszynowych był czymś przeraźliwym. W ciągu paru minut część samolotów gościnnych i Spitfire'y 302. Dyw. palą się. Jeden z Focke-Wulfów leci wprost na mnie. Zamarzła ziemia dudni pod gradem pocisków i odpryski zamarzłej grudy zbliżają się nieuchronnie w moim kierunku. Co robić? Jestem bezsilny. Chcę schować się pod ziemię i nagle czuję uderzenie w lewe przedramię, które raptownie drętwieje. Muszę coś zdecydować. Objąłem prawą ręką przedramię, Trzymam się i biegnę co sił od samolotu, przy którym leżałem. W czasie biegu zauważyłem rampę betonową. Nigdy tej rampy poprzednio nie zauważyłem, a teraz jest ona jedyną deską ratunku. Poczułem się bezpieczny i mogę obserwować co się dzieje wokoło mnie.

Niemcy nadal ostrzeliwali lotnisko. Skład benzyny pali się. Wozy ciężarowe palą się. Samoloty palą się. Piekło na ziemi. Każda minuta była godziną. Kiedy się to wreszcie skończy? Przedramię piekielnie mnie boli. Wtem widzę coś, w co nie mogę uwierzyć. Między Focke-Wulfami latają Spitfire'y. Jeden, dwa, trzy... już jest ich pięć... dziesięć. To nasze Skrzydło przyszło z odsieczą! Co za wspaniały widok! Każdy Focke-Wulf ma w asyście na swoim ogonie Spitfire'a. Rozpoczął się krwawy taniec myśliwców nad Gandawą. Pierwszy atak zapalił 7 czy 8 Focke-Wulfów. I to w naszych oczach, nad samym lotniskiem!

Widać teraz wokoło Gandawy pojedynki Spitfire'ów z Focke-Wulfami. I znowu słup ognia. To jeszcze jeden samolot nieprzyjacielski zestrzelony! A oto inny obrazek z walki... Focke-Wulf ścigany przez Polaka leci tuż przy samej ziemi, zawadził skrzydłem o kadłub palącego się Halifaxa, runął na ziemię; i koziołkując na przestrzeni około 100 metrów rozpadł się w kawałki. Wybuch benzyny przesłania ten okropny widok śmierci człowieka i samolotu. Walka odsuwa się od lotniska. Niemcy uciekają. Nasi w pościgu. Już są daleko, ale znów widać dwa, trzy wybuchy. Ktoś odniósł zwycięstwo. Boże daj, żeby to był Polak!

W dziesięć minut później zaczynają nasi wracać i lądować. Jak gdyby spod ziemi zjawiają się mechanicy i już biegną na spotkanie kołujących Spitfire'ów. A ja siedzę pod rampą i nie mogę się ruszyć. Jestem wściekły, że nie mogę wyskoczyć na spotkanie mojego dywizjonu.”

Bitwa nad Gandawą była największym sukcesem myśliwców polskich w ostatniej wojnie. Bitwa ta była stoczona na oczach tysięcy mieszkańców Gandawy i całej obsługi ziemnej lotniska. Wszystkie zestrzelone samoloty zostały odnalezione i to potwierdziło nasz sukces.

Kończąc te wspomnienia pozwolę sobie podać nazwiska zwycięzców:

 

308 Dywizjon.

F/Lt. Olszewski – 1 F.W. 190 zestrzelony.

F/Sgt. Soczyński – 1 F.W. 190 zestrzelony.

F/O Szlenkier – 1 F.W. 190 zestrzelony.

P/O Dromlewicz – 1 F.W. 190 zestrzelony.

F/Sgt. Stanowski – 2 F.W. 190 zestrzelone.

W/O Bednarczyk – 1 F.W. 190 zestrzelony.

Sgt. Breyner – 2 F.W. 190 zestrzelone.

F/Lt. Chojnacki – 1 F.W. 190 zestrzelony.

Sgt. Główczyński – 1 F.W. 190 zestrzelony.

F/Lt. Mach – 2 F.W. 190 zestrzelone oraz – 1 F.W. 190 uszkodzony.

 

317 Dywizjon.

F/Lt Mroczyk – 1 F.W. 190 zestrzelony.

F/Lt. Hrycak – 1 F.W. 190 prawd. zestrz.

W/O Wdowczyński 1 F.W. 190 zestrzelony.

S/Ldr. Chełmecki – 1 F.W. 190 zestrzelony.

Sgt. Hubert – 1 F.W. 190 zestrzelony oraz – 1 F.W. 190 uszkodzony.

W/O Piesik – 1 F.W. 190 zestrzelony oraz – 1 F.W. 190 uszkodzony.

F/Sgt. Iwanowski – 1 F.W. 190 uszkodzony.

F/Lt. Żmigrodzki – 1 F.W. 190 zestrzelony oraz – 1 F.W. 190 uszkodzony.

 

Pan Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Władysław Raczkiewicz przesłał następujące gratulacje na ręce gen. bryg. M. Iżyckiego, Dowódcy Polskich Sił Powietrznych.

Londyn, dnia 13 stycznia 1945.

Panie Generale!

Meldunek Pana Generała, o wyjątkowym sukcesie bojowym naszych dywizjonów myśliwskich w Belgii w dniu 1-go stycznia b.r. sprawił mi wielką radość. Pragnę więc na ręce Pana Generała przesłać wyrazy szczerego uznania dla naszych dzielnych myśliwców.

Lotnictwo Polskie od „Battle of Britain" poprzez długi okres ciężkich wypraw bombowych i zagonów myśliwskich aż do dnia dzisiejszego spełnia z wielką ofiarnością swój żołnierski obowiązek i jestem głęboko przekonany, że spełniać go będzie z takim samym oddaniem i poświęceniem w służbie Ojczyzny aż do końca.

 

/–/ W. Raczkiewicz

Jest mi niezmiernie przykro. że nie mogę podać nazwisk wszystkich żołnierzy 131. Skrzydła, ale ci, którzy czytają te wspomnienia niech wiedzą, że ja, jako dowódca byłem dumny, że dane mi było dowodzić nimi, a żałuję tylko jednego, że nie doprowadziłem ich do Wolnej i Niepodległej Polski.

Aleksander Gabszewicz