2/3 lipca 1942 r. – kpt. pil. Maksymilian Brzozowski (301 Dywizjon)
Poniższy tekst to relacja kpt. Maksymiliana Brzozowskiego (wówczas dowódcy 301 Dywizjonu Bombowego „Ziemi Pomorskiej”) z lotu na bombardowanie Bremy nocą z 2 na 3 lipca 1942 r. Tekst został spisany po wojnie:
Poznałem Stasia Kędzierskiego w 1933 r. w dywizjonie bombowym. Lataliśmy wtedy na Fokkerach. Staś był strzelcem pokładowym i wzorowym podoficerem. We wrześniu 1941 roku spotkałem go znowu w OTU Bramcote. W czasie zgrywania załóg na Wellingtonach natychmiast zdecydował się latać w mojej załodze jako tylny strzelec.
Wiele lotów operacyjnych odbyliśmy razem bez większych dysonansów. Raz tylko był mocno obrażony na mnie, kiedy zacięły mu się karabiny i proponował zawrócić z Morza Północnego, a ja odmówiłem. Powiedziałem mu, by strzelał oczami.
Aż przyszedł 2 lipca 1942 roku. Kilka dni wcześniej zostałem mianowany d-cą 301 Dywizjonu Bombowego. Staś przyszedł do mnie i powiedział, że miał przykry sen i że z tego lotu już nie wróci. Patrzył na mnie jakby oczekując, że zastąpię go kimś innym. Niestety, zgłosiłem 12 załóg gotowych do lotu i nie miałem żadnego rezerwowego strzelca.
– Stasiu, pamiętasz – próbowałem go podnieść na duchu – kiedy to 25 lutego nad Kielem dostaliśmy się w reflektory i cała artyleria przeciwlotnicza strzelała do nas jak do kaczek, gruchot odłamków po płótnie Wellingtona i tak przez 10 minut próbowali nas dostać, lecz na próżno, wymigaliśmy się z tych opałów.
Albo 10 kwietnia, kiedy wracaliśmy z Essen lotem koszącym wzdłuż Renu i natknęliśmy się na most. Cała obrona przeciwlotnicza grzała do nas ze wszystkich kaemów i armatek, a my przelecieliśmy prawie nietknięci. Sen mara, Bóg wiara. Niemcy strzelają a Pan Bóg kule nosi. Lecimy, nie mogę skreślić mojej własnej załogi z lotu operacyjnego.
Widno jeszcze było, gdy pierwszy startowałem z dywizjonem. Nie miałem, jak zwykle, żadnych złych przeczuć. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym polec bohaterską śmiercią lotnika.
Przedziwnie widna to była noc, z pełnią księżyca, zorza polarna świeciła tak, że Staś widział Wellingtona lecącego za nami. Wolno wznosił się Wellington obciążony 4 000 funtami bomb zapalających i pełnymi zbiornikami benzyny.
Przelecieliśmy Morze Północne nad Holandią.
Mieliśmy już 20 000 stóp wysokości, za parę minut cel. Jak tylko wyrzucimy bomby – myślę sobie – nie będę wracał na tej samej wysokości, przyduszę Wellingtona do ziemi i po wierzchołkach drzew wrócę do bazy.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, chociaż miałem dwóch doskonałych strzelców – eksplozja. Wellington zadrżał jak ptak trafiony pociskiem, za plecami radiostacja stanęła w płomieniach. Dostał mnie szkop – pomyślałem. Włożyłem Wellingtona w głęboki skręt 360 stopni, tracąc 4 000 stóp wysokości, by nieprzyjaciela wyprowadzić w pole. Przez chwilę myślałem, że mi się to udało. Jednak przyszedł drugi atak. Tym razem strzelał po mojej kabinie i silnikach. Lewy silnik przestał pracować, wokół unosił się zapach benzyny. Włożyłem samolot w ślizg na niepracujący motor, tracąc 6 000 stóp. Pozostało mi tylko 10 000 stóp wysokości. Oczekiwałem trzeciego ataku, lecz szczęśliwie nie przyszedł. Niestety mój Wellington na jednym tylko silniku tracił wysokość i nie było mowy, by przeleciał 300 mil, w tym 200 mil nad Morzem Północnym do Anglii.
Michał Benoit, radiotelegrafista, zgasił radio i przyszedł do mojej kabiny po instrukcje. Wysłałem go do tylnego strzelca, Stasia Kędzierskiego. Po chwili powrócił raportując, że Staś zabity i tylna wieżyczka rozbita kompletnie. Staś Ateński, nawigator, ranny. Popatrzyłem na wysokościomierz, pozostało nam tylko 4 000 stóp, decyzja – skakać. Kazałem przypiąć spadochron Ateńskiemu, dać mu rączkę spadochronu do ręki i pomóc mu do skoku przez klapy. Drugi skakał sierżant Kowalczyk, przedni strzelec. Michał popatrzył na mnie i zapytał:
– A ty?
– Ja mam czas – odrzekłem. – Skacz. Przeleciała mi szalona myśl przez głowę – lądować. Ale gdzie? Pode mną ciemno, wygląda na las. Stasiowi już i tak w niczym nie pomogę, a sam na pewno spalę się, bo samolot wybuchnie przy zderzeniu się z ziemią. Popatrzyłem na wysokość – 1 500 stóp. Przeżegnałem się i zwaliłem się przez otwartą klapę. Zaczepiłem nogą o coś i przez moment zawisłem pod lecącym w dół samolotem. Rozpaczliwie szarpnąłem raz, drugi i udało mi się uwolnić nogę. Pociągnąłem za rączkę spadochronu, zawisłem w powietrzu, bujałem się parę razy i uderzyłem o ziemię. Mój Wellington towarzyszył mi do ostatniej chwili uderzając o ziemię zaledwie 200 metrów ode mnie, stając natychmiast w płomieniach.
Łzy zakręciły mi się w oczach i żal okrutny chwycił mnie za serce, gdy pomyślałem o Stasiu. Tak zginął tylny strzelec Stanisław Kędzierski. Cześć Jego pamięci.
Przez cztery noce szedłem na zachód, kryjąc się dniami, aż przyszedłem do wioski otoczonej lasami. Myślałem o pomocy, o dostaniu czegoś do jedzenia. Niestety, nie uszedłem kilkuset kroków, gdy zatrzymał mnie patrol cyklistów i po kilkunastu dniach znalazłem się w Stalagu Luft III Sagan, obecnie Żagań na terenie Polski.
Po powrocie z niewoli dowiedziałem się co za fatalna to była noc dla 301 Dywizjonu Bombowego. Dwie załogi zaginęły bez śladu. Marian Aduckiewicz wrócił postrzelony na strzępy. Moja załoga do bazy nie wróciła.
Maksymilian Brzozowski
