Guinea Pig Club


To był kolejny, gorący dzień bitwy powietrznej o Wielką Brytanię. 6 września 303 dywizjon będący w akcji od kilku zaledwie dni znów poderwano w powietrze. Na czele leciał jego polski dowódca mjr Zdzisław Krasnodębski. Ten wytrawny pilot, były pierwszy po Bogu 111 eskadry myśliwskiej i III/1 Dyonu Myśliwskiego, brał właśnie na cel niemiecką maszynę, gdy (...) nagle posypało się szkło z zegarów, zbiornik podziurawiony pociskami - leje się z niego płonąca benzyna. Cała kabina wypełniona ogniem. Chcę jak najszybciej wyskoczyć, ale nie mogę odpiąć pasów - pisze Krasnodębski. - Krótki moment rezygnacji, lecz chęć życia zwycięża. Odpinam wreszcie pasy, kabinę, drzwiczki i wyskakuję. Pamiętając przykre doświadczenia z Polski, spadochronu nie otwieram, aby najszybciej wyjść ze strefy walki i nie być celem. (...) Dochodząc do ziemi, myślałem, że już koniec z przygodami, ale okazało się, że jeszcze nie, bo z domów zaczęły wyłaniać się sylwetki homeguardzistów z gotowymi do strzału karabinami, w nadziei upolowania niemieckiego paraszucisty; lecz spokojni Anglicy nerwowo wytrzymali i nie strzelali.

Krasnodębski był do tego stopnia poparzony, że tak szybko jak tylko to było możliwe, zabrano go do szpitala w Farnborough. Jego twarz i dłonie wymagały wielu zabiegów, by mogły wrócić do stanu zbliżonego do pierwotnego. Podczas pobytu w szpitalu 18 września odwiedził go m.in. generał Sikorski dekorując Krzyżem Virtuti Militari. Fotografia poparzonego Polaka stała się jedną z bardziej znanych wizytówek Battle of Britain. Do dziś zresztą, jej kopia znajduje się w lotniczym muzeum w Hawkinge. Dla Krasnodębskiego w praktyce oznaczało to koniec służby liniowej.

2 października 1942 r. miał być kolejnym dniem wypełnionym ćwiczeniami. Taka już była kolej rzeczy. Wszystkie czynności, jakie warunkowały zakończenie treningu, a w efekcie późniejszy przydział do dywizjonu bojowego, trzeba było powtarzać aż do znudzenia. Miało grać jak w zegarku a załoga bombowego Wellingtona musiała stanowić jedność. W ten jesienny dzień, tam w Bramcote, gdzie mieścił się 18 Operational Training Unit, nic nie zapowiadało mającej nastąpić tragedii. Na pokład dwusilnikowego Wellingtona IC, oznaczonego numerem DV802 "C" wgramoliła się załoga w składzie: pilot Sgt Marian Hesse, radiotelegrafista Sgt Edmund Mistecki oraz strzelec pokładowy Sgt Jan Stangryciuk. Ten ostatni ulokował się na tylnym stanowisku strzeleckim i krótko po tym samolot począł toczyć się po runwayu, a następnie poderwał w powietrze. Stangryciuk nie pamięta dokładnie jak długo maszyna znajdowała się w górze. Musiała to być jednak tylko chwila.
- Straciliśmy silnik i szybko spadamy - usłyszał głos Hessego.

- Mając tylko sekundy modliliśmy się o cud, wiedząc, ze zbliżamy się do końca - pewnej śmierci - wspomina dziś Strangryciuk. - Zawsze wierzyłem, że tylko Boga mogę prosić o pomoc, kiedy życie zbliża się do końca. Często prosiłem Go o pomoc, ponieważ jako 22-letni młodzieniec chciałem znów zobaczyć moją rodzinę i przyjaciół. W pewnym momencie poczułem potężne uderzenie, a zaraz po tym straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem zorientowałem się, że nasz samolot jest rozbity. Poczułem dym i swąd spalenizny. Z tyłu samolotu, po omacku pełznąłem w kierunku kabiny pilotów. Nie było to jednak łatwe zadanie, dym płonącej maszyny praktycznie uniemożliwiał orientację, zacząłem też odczuwać skutki ogromnej temperatury. Kadłub Wellingtona płonął. Zdałem sobie sprawę, że lada chwila może eksplodować paliwo. Podczas mojej "wędrówki" przez wrak bombowca zorientowałem się, że w wyniku uderzenia o ziemię kadłub przełamał się na dwie części. Szczęście w nieszczęściu była to droga ucieczki. Postanowiłem jednak sprawdzić co z resztą załogi. Lewą dłonią osłaniałem część twarzy i gramoliłem się w miejsce, gdzie powinien znajdować się pilot. Był. Przypiętymi pasami nie dawał znaku życia. Próbowałem rozluźnić pasy, na próżno. Marian był martwy. Spostrzegłem wyciekające paliwo. Było wszędzie. Stwierdziłem, że trzeba uciekać. Samolot w każdej chwili może wybuchnąć. Czułem ogromny żar, który palił twarz i dłonie. Jakimś cudem udało mi się ponownie doczołgać do miejsca, gdzie wstrząs przepołowił Wellingtona i ostatnim wysiłkiem, po omacku wytoczyłem się z kadłuba na ziemię. Ludność cywilna, która przybiegła z pobliskich zabudowań pomogła mi, odciągnęła od wraku i zdołała ugasić palący się kombinezon. W chwilę potem Wellington eksplodował. Ogień jest najgorszym z żywiołów.

Jan Stangryciuk około czterdziestu minut, walcząc z bólem oczekiwał na sanitarkę, która zabrała go do szpitala Królewskich Sił Powietrznych w Gosford. - Owinięto mnie bandażami nasączonymi olejem, by nie przykleiły się do skóry. Wiedziałem, że wysoka temperatura paląca moje ciało w każdej chwili może mnie zabić. Moje myśli jednak były cały czas tam, z załogą. Nikt początkowo nie chciał mi powiedzieć prawdy. Owa prawda, gdy ją poznałem była dla mnie potwornym szokiem. Byliśmy związani na śmierć i życie. Wiedzieliśmy, że dziś lub jutro może być naszym ostatnim. Pamiętam puste miejsca przy stołach, puste krzesła, gdzie jeszcze poprzedniego wieczora siedzieli niespełna 20-letni koledzy. Życie było wówczas drogocenne. Mój stan zdrowia pogarszał się bardzo szybko. Dręczyło mnie ogromne pragnienie. Prawą stopą odkręciłem kurek w umywalce, by tylko zwrócić na siebie uwagę siostry. Dobrze, że zaaplikowano mi środki przeciwbólowe i nasenny. Nachodziły mnie bowiem myśli by samemu skrócić to cierpienie... na zawsze.

Tu po kilkunastu dniach znalazł go dr Archibald McIndoe. Dziękuję Bogu za tego człowieka. - uśmiecha się pan Jan - Na początku zoperował moje ręce. Gdyby nie on, straciłbym władzę w palcach. To nie był jednak koniec męczarni. Zrekonstruował moją twarz. Przede wszystkim nos, uszy i policzki. Byłem w grupie szczęściarzy. Wielu chłopaków straciło ręce, uszy, a nawet oczy. Ja przeszedłem ponad dwadzieścia operacji. Stangryciuk nie powinien był do latania wracać. Niemniej jednak wrócił - na wyraźną, własną prośbę wykonał kilka lotów bojowych w składzie 300 Dywizjonu Bombowego "Ziemi Mazowieckiej". Wkrótce czekało go dalsze, długie leczenie.

16 sierpnia 1943 r. o godzinie 10.20 308 Dywizjon Myśliwski "Krakowski" wystartował do operacji Ramrod jako osłona bombowców udających się na bombardowanie lotniska St. Martin we Francji. Operacja pod wodzą S/Ldr Żulikowskiego przebiegała spokojnie, niemniej jednak w okolicy Fecamp ops ostrzegał o możliwości spotkania nieprzyjaciela. Istotnie, nagle od strony słońca pojawiły się Focke-Wulfy. W walkę zaangażowali się: dowódca dywizjonu, F/O Iliński, Sgt Domański, F/Sgt Sznapka i F/Sgt Wacław Korwel. Podczas zamieszania ten ostatni zauważył trzy Fw 190 atakujące jednego z kolegów. Natychmiast pospieszył z pomocą, lecz sam także otrzymał celną serię. Trafiony został zbiornik paliwa, posypało się szkło z zegarów w kabinie, pilot został raniony w lewą nogę, poszarpane były także trzy palce w lewej ręce. Pokiereszowany Korwel na niewiele lepiej wyglądającym Spitfirze ogromnym wysiłkiem dociągnął do angielskiego wybrzeża, wylądował bez podwozia i trafił do szpitala. Najpierw amputowano mu trzy palce, później został poddany operacji plastycznej w Queen Victoria Hospital. Mimo to wrócił do latania bojowego i doczekał końca wojny. Paradoksalnie zginął po powrocie do Polski z rąk komunistycznych oprawców...

Kolejnym Polakiem, który trafił na listę, był Edward Gwardiak, który po wypadku w czasie lotu szkolnego 26 marca 1943 r. spędził 11 miesięcy na leczeniu. Kiedy zakończył kurację 29 lutego 1944 r. okazało się, że do latania wrócić nie może. Do końca wojny był instruktorem w polskiej szkole pilotażu początkowego 25 EFTS w Hucknall.

Wszyscy wymienieni wyżej lotnicy przeszli przez troskliwe ręce doktora McIndoe. Ten wybitny lekarz i prekursor medycyny plastycznej urodził się 4 maja 1900 r. w Dunedin w Nowej Zelandii. Po ukończeniu szkoły średniej w Otago studiował medycynę na tamtejszym uniwersytecie. Pracował później w Waikato Hospital, a w 1924 r. przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Jego praca oraz publikacje naukowe sprawiły, że został zaproszony do Anglii, gdzie zaoferowano mu pracę. Dotarł na Wyspę zimą 1930 r. i tu kontynuował swoją karierę medyczną. W 1938 r. został konsultantem w dziedzinie operacji plastycznych przy Royal Air Force. McIndoe (później otrzymał tytuł szlachecki) wybrał szpital Queen Victoria w East Grinstead, gdzie miało mieścić się jego centrum medyczne w dziedzinie operacji plastycznych. Czas bardzo szybko pokazał jak bardzo inicjatywa McIndoe był potrzebna. W czasie trwania Battle of Britain sale jego szpitala poczęły bardzo szybko zapełniać się straszliwie poparzonymi lotnikami. Ci ludzie potrzebowali nie tylko opieki medycznej ale również pomocy psychologicznej. Dla wielu świat "po" nigdy nie miał być taki sam.

20 lipca 1941 r. wśród pacjentów szpitala w East Grinstead powstała inicjatywa, by założyć klub zrzeszający wszystkich hospitalizowanych lotników. Jako że metody McIndoe były pionierskie i w zasadzie całe leczenie było wciąż pewną formą eksperymentu, pacjenci porównali samych siebie do świnek morskich (z angielskiego "guinea pig"), które to również są wykorzystywane do wszelkiego rodzaju doświadczeń. Tak zrodził się Guinea Pig Club, zrzeszający w momencie zakończenia wojny 649 członków, wśród których byli także lotnicy polscy, tacy jak wymienieni wczesniej Zdzisław Krasnodębski, Wacław Korwel, Edward Gwardiak czy Jan Stangryciuk. Podobno do klubu należał też Stanisław Skalski. Tak sugeruje jeden z żyjących członków, tą wersję potwierdzałby też fakt poparzeń Skalskiego w 501 squadronie podczas bitwy o Anglię. Niestety brak jakichkolwiek dokumentów potwierdzających ową przynależność. Wśród członków klubu znajdują się też nazwiska: Witolda Krupy, Antoniego Paszkowskiego, J. Adamczyka, F. Bielawskiego, E. Brońskiego, Jerzego Głębockiego, J. Grudnia, M. Placko, T. Podhereskiego, A. Ratajczaka i L. Skoczylasa.

W klubie najwięcej oczywiście było Brytyjczyków (ok. 65-70%), należeli doń też Kanadyjczycy (27%), Australijczycy (8%), Nowozelandczycy (8%) oraz w mniejszej ilości wspomniani Polacy oraz Czesi. W pierwszej kapitule klubu poza dr. McIndoe zasiadali też S/Ldr T. Gleave (wiceprezydent), F/O W. Tower-Perkins (sekretarz) oraz P/O P. C.Week. Do pierwszych członków Guinea Pig Club należeli m.in.: Dewar, Shephard, Hillary, Fleming, Langdale, Harrison, Butcher, Koukal, Mann, Krasnodębski, Smith-Barry i inni. Należy również wspomnieć, że z biegiem wojny (od momentu rozpoczęcia bombowej ofensywy Harrisa) coraz większy procent pacjentów stanowił personel bombowy - z czasem 80%.

Guinea Pig Club dorobił się tez własnego hymnu. Zdzisław Krasnodębski , co warto podkreslić, wielokrotnie był gościem honorowym na powojennych spotkaniach członów klubu. Po śmierci sir Archibalda McIndoe (zmarł w nocy z 11 na 12 kwietnia 1960 r.; jego prochy znajdują się w kościele RAF St. Clement Danes) prezydentem klubu został mąż królowej Elżbiety, książę Filip, pełniący tę honorową funkcję do dziś. Na terenie Queen Victoria Hospital w 1994 r. otwarto muzeum związane z działalnością fenomenu w dziedzinie chirurgii plastycznej, jakim był McIndoe wraz ze swoimi podopiecznymi. Pozostali przy życiu członkowie Guinea Pig Club każdego roku spotykają się w wrześniu. We wcześniejszych latach powojennych organizowano również dancingi, a jeden z klubowiczów Bill Foxley - były nawigator, stał się znany z roli Squadron Leadera Evansa w filmie "Bitwa o Anglię" z 1969 r. Często spotkania Guinea Pig Club odbywają się w różnych częściach Wielkiej Brytani czy świata, np. w Pradze w 2000 r. To ostatnie zorganizował członek klubu i były czeski lotnik - Siska. Dwa razy do roku wydawany jest też specjalny klubowy magazyn. Ostatnim żyjącym Polakiem należącym do tego klubu jest Jan Stangryciuk-Black. Pomimo upływu ponad 60 lat od tamtego strasznego wypadku w Bramcote, twarz i dłonie pana Jana wciąż są okaleczone. Pan Jan jest człowiekiem niezwykle pogodnym i zadowolonym ze swego życia. - Ciągle jednak wracają koszmary - mówi - bolesna pamięć wraca do tamtych dni. Często widzę twarze poległych kolegów.


Piotr Sikora



18 września 1940 r. - mjr Zdzisław Krasnodębski w szpitalu, dekorowany Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari przez Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego.

Strzelec Jan Stangryciuk (z prawej), który po ciężkim poparzeniu w październiku 1942 r. i serii operacji plastycznych na własną prośbę wrócił do latania. W 300 dywizjonie odbył kilka lotów bojowych.

Ostatnie grupowe zdjęcie 308 dywizjonu wykonane 13 stycznia 1947 r. Związany z tą jednostką od lipca 1942 r. st. sierż. Wacław Korwel siedzi drugi od prawej.

Doktor Archibald McIndoe

Jedno z powojennych spotkań GPC - pierwszy z prawej stoi Jan Stangryciuk.

Karta członkowska GPC należąca do Wacława Korwela.

Okładka klubowego magazynu.

Zaproszenie na bal klubowy.

Bill Foxley jako aktor w filmie "Bitwa o Anglię".


Źródła:
-