Niemieckie zbrodnie na polskich lotnikach we wrześniu 1939 r.


Na kilka dni przed atakiem Niemiec na Polskę, 22 sierpnia 1939 r. w Obersalzbergu w czasie odprawy dowódców armii Hitler wypowiedział znamienne i słynne zdania: "Zniszczenie Polski - oto cel najbliższy... Dam wam propagandowy pretekst do rozpoczęcia wojny. Nie troszczcie się o to, czy będzie to brzmiało wiarygodnie czy też nie. Nikt nie będzie pytał zwycięzcy czy mówił prawdę, czy kłamał. W wojnie nie decyduje słuszność, ale zwycięstwo. Nie miejcie litości. Bądźcie brutalni. Słuszność jest po stronie silniejszego. Działajcie z największym okrucieństwem. Całkowite zniszczenie Polski jest naszym celem wojskowym. Szybkość - oto naczelne zadanie. Ścigajcie wroga aż do całkowitego unicestwienia...".

Dokładnie wedle tej ideologii postępowali niemieccy żołnierze. Wojska lądowe (i nie tylko oddziały SS, lecz także Wehrmacht) - dopuszczały się masowych zbrodni na polskiej ludności cywilnej i jeńcach wojennych od pierwszych dni wojny. Lotnictwo niemieckie Luftwaffe przeprowadziło pierwszy w drugiej wojnie światowej nalot bombowy na cele cywilne (pierwszą ofiarą niemieckich bombowców stał się Wieluń; w zbombardowanym mieście zginęło około 1,2 tys. z 16 tys. mieszkańców, czyli 7,5%). Co więcej, Niemcy praktykowali także ataki z powietrza na polskie kolumny cywilnych uciekinierów, posuwających się wolno po drogach.

Dość rzadko przytaczane są informacje o zbrodniach popełnionych na lotnikach polskich we wrześniu 1939 r., prawdopodobnie ze względu na fakt, że toną one w morzu innych masowych mordów, gwałtów i okrucieństw. Oczywiście lotnicy także chronieni byli przez międzynarodowe konwencje: podpisana zarówno przez Polskę jak i Niemcy konwencja o traktowaniu jeńców wojennych, zawarta w Genewie 27 lipca 1929 r., kategorycznie zabraniała zabijania jeńców, co więcej zapewniała im w niewoli należne prawa. Inny międzynarodowy dokument, konwencja haska z 1923 r. określiła dozwolone metody prowadzenia wojny powietrznej. Znajduje się tam m.in. następujący zapis (rozdział IV, artykuł XX): "Kiedy samolot zostanie wyłączony z walki, załoga usiłująca opuścić samolot za pomocą spadochronu nie może być atakowana podczas opadania [ku ziemi]". Jest to o tyle istotne, że zapewnia lotnikowi na spadochronie całkowitą nietykalność, nawet wtedy kiedy na pewno nie będzie on jeńcem (np. w wypadku lotników zestrzelonych po własnej stronie frontu). Niestety już od pierwszych chwil wojny Niemcy nagminnie łamali wyżej wymienione postanowienia. W artykule tym chciałbym przypomnieć żołnierzy w "stalowych mundurach", którzy padli ofiarą niemieckich zbrodni.

1 września ok. 16.30 dwa dyony myśliwskie Brygady Pościgowej zostały zaalarmowane i poderwane w powietrze celem przechwycenia niemieckiej wyprawy bombowej nad Warszawą. Zgrupowanie to, do którego dołączyły samoloty 152 eskadry, liczące razem ok. 40 P.7 i P.11, starło się z bombowcami He 111 eskortowanymi przez dwusilnikowe myśliwce Bf 110. W wyniku walki zestrzelonych zostało pięciu Polaków. Jednym z nich był ppor. Feliks Szyszka ze 123 eskadry. Ranny i poparzony wyskoczył z trafionej "siódemki". Wisząc na spadochronie został wzięty na cel przez Messerschmitta, został postrzelany w nogi. Ledwie żywy wylądował niedaleko Nieporętu. Sanitarka zabrała go na lotnisko Brygady Pościgowej w Poniatowie, gdzie lekarz eskadry udzielił mu pierwszej pomocy. Potem trafił do Szpitala Mokotowskiego w Warszawie. Przeżył, udało mu się później przedostać do Francji i Anglii, gdzie zginął w 1942 r.

2 września piloci 141 eskadry otrzymali rozkaz ataku na niemieckie czołgi na szosie Gruta-Łasin. Absurdalny i bezmyślny rozkaz dowódcy lotnictwa Armii "Pomorze" doprowadził do rzezi pilotów eskadry. Trójka z nich została zestrzelona przez obronę przeciwlotniczą: kpt. Florian Laskowski, ppor. Władysław Urban i kpr. Benedykt Mielczyński. Samolot Laskowskiego spadł na pole koło Gruty i rozłamał się na dwie części. Ciężko ranny pilot żył jeszcze parę godzin - Niemcy nie pozwolili zbliżyć się cywilom do wraku, by udzielić rannemu pomocy. Drugi z lotników, Mielczyński, ranny wylądował przymusowo we wsi Wielkie Tarpno. Mieszkańcy usiłowali udzielić mu pomocy, jednakże następnego dnia (3 września) do wsi wkroczyli Niemcy i zastrzelili pilota oraz opiekującego się nim 19-letniego chłopaka, Jana Kraszewskiego (według powojennej relacji mieszkańca Wielkiego Tarpna, Bolesława Niezgody, fakt opieki Kraszewskiego nad Mielczyńskim nie jest prawdziwy, a jedyne co ich łączy to data i miejsce śmierci oraz miejsce pochówku). Trzeci pilot z toruńskiej eskadry, ppor. Urban, zginął na miejscu.

2 września ok. 10.00 z lotniska Kłoniszew w ramach zorganizowanej tam zasadzki wystartowali ppor. Jan Dzwonek i ppor. Edward Kramarski. Polecieli nad linię frontu, gdzie łupem Dzwonka padł rozpoznawczy Henschel, a następnie skierowali się ku Łodzi. Zostali zaatakowani przez Bf 109 - Kramarski zginął zestrzelony, a ranny Dzwonek na uszkodzonej maszynie zdołał uciec. Nad Łodzią włączył się do bitwy między P.7 i P.11 a Bf 110. Szybko został zestrzelony i na spadochronie opuścił płonący samolot. Jeden z Messerschmittów próbował go ostrzelać, jednakże kpr. Jan Malinowski ze 162 eskadry rzucił się na pomoc koledze i zestrzelił atakującego Niemca. Już wcześniej ranny i poparzony Dzwonek bezpiecznie opadł na ziemię i wkrótce przetransportowany został do szpitala w Warszawie.

3 września ok. 10.00 III/1 Dyon Myśliwski wystartował alarmowo przeciwko niemieckim samolotom. W walce osiemnastu Bf 110 i osiemnasty P.11 zestrzelony został dowódca dyonu, kpt. Zdzisław Krasnodębski i wyskoczył na spadochronie. Jeden z Messerschmittów usiłował ostrzelać wiszącego na spadochronie pilota, jednakże skuteczny atak od czoła przeprowadzony przez por. Arsena Cebrzyńskiego zmusił Niemca do ucieczki.

4 września kpr. Jan Kawałkowski ze 151 eskadry myśliwskiej wystartował z lotniska Biel "siódemką" na patrol. Podczas lotu napotkał niemiecki samolot (wg polskich źródeł - Dorniera Do 17), z którym wdał się w walkę. Został zestrzelony i wyskoczył z samolotu ze spadochronem. Jego P.7 spadł na zabudowania wsi Dąbrówka. Według relacji świadków (mieszkańców Dąbrówki), niemiecki samolot zawrócił i parokrotnie strzelał do wiszącego na spadochronie Polaka. Ciężko ranny w piersi Kawałkowski spadł paręset metrów od miejsca upadku jego maszyny. Pracujący w polu rolnicy dobiegli do niego i przenieśli go do domu wójta Dąbrówki. Pilot zmarł tego samego dnia, żył jeszcze kilka godzin. Miejsce i godzina walki pozwalają z bardzo dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, iż oprawcą Polaka był Gefr. Alfred Warrelmann, pilot Bf 110 (Dorniery i Messerschmitty były mylone przez polskich pilotów) z jednostki I.(Z)/LG 1.

6 września po południu na rozpoznanie rejonu Warta - Sieradz - Zduńska Wola wystartowała na "Karasiu" załoga 34 eskadry rozpoznawczej w składzie: por. obs. Edmund Górecki, kpr. pil. Marian Pingot i kpr. strz. Jan Wilkowski. W drodze powrotnej na swoje lotnisko Polacy zostali zaatakowani nad wsią Borecznia przez cztery Bf 109. "Karaś" zapalił się - pierwszy na wysokości ok. 1000 metrów wyskoczył Górecki, który natychmiast został wzięty na cel przez Messerschmitty. Bezbronny, wisząc na spadochronie, zginął "rozstrzelany" przez Niemców. Jako drugi na 300 metrach wyskoczył Wilkowski (przy lądowaniu doznał kontuzji nóg), natomiast pilot, kpr. Pingot, zginął we wraku (istnieje także druga wersja tego wypadku, według której Górecki został omyłkowo ostrzelany przez polską obronę przeciwlotniczą; jak było naprawdę nie sposób dziś ustalić).

7 września st. szer. Marian Futro ze 121 eskadry myśliwskiej został zestrzelony w rejonie Puław przez Bf 109 i przymusowo lądował na swojej P.11c w rejonie Ciepielowa. Następnego dnia, w drodze powrotnej na polowe lotnisko swojej jednostki, został zastrzelony przez niemiecki patrol zmotoryzowany. Brak szczegółowych informacji na temat tego zdarzenia, przypuszczać jednak należy, że Futro nie walczył z bronią w ręku. Być może poddał się i wzięty do niewoli został zamordowany.

Powyższe przykłady ilustrują bestialstwo Niemców w sposobach prowadzenia wojny. Niemcy jako pierwsi dopuścili się bombardowania miast, cywilnych kolumn uciekinierów oraz ostrzeliwania w powietrzu lotników na spadochronie. Cokolwiek nie mówić o działaniach lotnictwa alianckiego w późniejszych latach wojny (bombardowanie niemieckich miast czy potwierdzone, choć nieliczne przypadki ostrzeliwania Niemców na spadochronach), należy pamiętać, iż wszystko to jako pierwsi czynić zaczęli Niemcy we wrześniu 1939 r. w Polsce.



Wojciech Zmyślony

Źródła:
uwagi dzięki uprzejmości pana Franciszka Grabowskiego
Cynk J. B., Polskie lotnictwo myśliwskie w boju wrześniowym, AJ-Press, Gdańsk 2000
Cumft O., Kujawa H. K., Księga lotników polskich 1939-1946, Wydawnictwo MON, Warszawa 1989
Pawlak J., Polskie eskadry w wojnie obronnej, WKiŁ, Warszawa 1991