

















|
Ciapek
Nie było rzadkim zwyczajem wśród lotników, by w jednostce znajdowało się zwierzę - zwykle pies - które zyskiwało miano "dywizjonowej maskotki". Czasem w dywizjonie była jedna maskotka, czasem więcej. Znane są zdjęcia z 315 dywizjonu z kpt. Eugeniuszem Horbaczewskim trzymającym nieznanego z imienia psa; w 316 dywizjonie był spaniel o imieniu Ryś, ulubieniec por. Mieczysława Wyszkowskiego; 317 dywizjon opiekował się kilkoma psami, noszącymi imiona m. in.: Felek, Lipa, Lipa II, Sabcia, Pigmy. 305 dywizjon posiadał wprawdzie tylko jedną maskotkę, jednakże maskotka ta - pies Ciapek - przeszła do legendy, częściowo przez fakt odbywania lotów bojowych, a częściowo dzięki powojennym wspomnieniom byłych lotników Dywizjonu "Ziemi Wielkopolskiej".
Jednym z tych, którzy o Ciapku pisali był kpt. naw. Edward Kwolek:
[24 kwietnia 1942 r.] Rano po mszy św. polowej gen. Sikorski mianował sierż. pil. Mołatę podporucznikiem czasów wojny. Po tej promocji odbyła się defilada obu dywizjonów. Defiladę otwierał sztandar lotniczy a zamykał ją kpr. Tadeusz Karwowski, który prowadził psa "Ciapka", maskotę 305 dywizjonu. Ciapek to był kundel, przybłęda, którym zaopiekowali się żołnierze z personelu ziemnego. Nie należał on do psów darzących przyjaźnią każdą spotkaną osobę - jak napisał o nim płk R. Beill. "Obcych" obchodził, a gdy do niego się zbliżali to warczał i szczekał. Każdego z naszych witał machaniem ogona i nawet pozwalał się pogłaskać. Rozumiał tylko po polsku i na wezwanie w angielskiej mowie nie zwracał uwagi. Nauczono go wielu sztuczek - umiał prosić, stać na tylnych łapach i iść do tyłu. Zawsze był z mechanikami, szedł z nimi na zbiórki, patrzył jak samoloty startowały na loty bojowe.
Na tym się nie kończyło, bo niektóre załogi brały go czasami ze sobą nad Niemcy. Miał swoją butlę z tlenem, którą otwierano na wysokości około 3000 metrów. Leżał przy niej rozkoszując się tlenem. Miał też pasy spadochronowe i te łatwo było przyczepić do pasów jednego z członków załogi, który był odpowiedzialny za Ciapka w powietrzu. Za każdą wyprawę bombową otrzymywał Ciapek małą bombę wyrzeźbioną z drzewa, długości 2 i 1/2 cm i zawieszoną na obroży. Miał ich na swojej obroży aż osiem. Członkowie załogi, z którą leciał, wpisywali w swej książce lotów imię "Ciapek" w rubryce "pasażerowie". W niedzielę szedł z kpr. Karwowskim do kaplicy - lecz nie wchodził do środka tylko czekał przed drzwiami tej świątyni aż do ukończenia nabożeństwa.
Wskutek lotów bojowych z butlą tlenową Ciapek stał się swego rodzaju narkomanem tlenowym. Najbardziej pociesznym było gdy biegł do samochodu usłyszawszy syk wydobywającego się powietrza z dętki. Lizał językiem uciekające powietrze z dętki myśląc, iż jest to tlen z butli tlenowej. Czasem, gdy zobaczył oponę samochodową prosił na tylnych łapach o "tlen". Gdy dywizjon został przeniesiony z Lindholm na inną stację, Hemswell - Ciapek zaginął.
Mimo starannych poszukiwań nigdy go nie odnaleziono. Po wojnie napisano bajeczkę dla polskich dzieci w Anglii o piesku Ciapku, w której do prawdziwej historii dodano małą bajeczkę, że pewnego ranka znaleziono Ciapka na wschodnim brzegu Anglii. Leżał osłabiony i mokry, a fale morskie pokrywały go od czasu do czasu. Położono go na kocu i mimo zachęcania do posiłku niczego nie tknął i nie zwracał uwagi na Anglików, którzy go odnaleźli, bo nie rozumiał ich mowy. Zawiadomiono 305 dywizjon, którego nazwę odczytano na obroży. Przyjechał oficer i gdy przemówił do niego po polsku, Ciapek wstał i pomachał ogonem - pierwszy raz od powrotu z dziewiątekgo lotu bojowego - za który otrzymał dziewiątą bombę. Jego załogi, która przypuszczalnie utonęła koło brzegu, nigdy nie odnaleziono.
Po zaginięciu Ciapka zapisano w książce dywizjonu, że "zaginął" tak jak tyle innych polskich lotników, którzy byli jego przyjaciółmi.
Inna wersja spisana została w osobistym pamiętniku przez szefa mechaników 301 Dywizjonu Bombowego "Ziemi Pomorskiej", Stefana Ostrowskiego. Oto ona (za udostępnienie dziękuję panu Adamowi Ostrowskiemu):
W Lincoln, w siedzibie 301 Dywizjonu Bombowego spotkałem kolegę z dawnych lat, kiedy to po odzyskaniu niepodległosci poznaliśmy się w Warszawie. Tutaj był mechanikiem samolotowym. Po tylu latach przypominalismy sobie młode lata, również z Bydgoszczy z Centralnej Szkoly Mechaników Lot. Był dobrym sportowcem. Rywalizowaliśmy w zawodach. A sztuczki jakie pokazywał na lodowisku wprowadzały widzów w zdumienie. Nazywał się Karwowski, pseudo Kicia. Był w moim wieku. Przedstawił mi swojego pieska Ciapka, którego ciekawą historie opiszę.
Małego szczeniaczka dostał od znajomej farmerki, nazwał go Ciapkiem. Z biegiem czasu wyrósł na średniej wielkości kundla niewiadomej rasy. Wytresował go do perfekcji. Każdy rozkaz czy życzenie swego pana wykonywał znakomicie. Jeździł z nim do pracy na rowerze, siadając na tylnym bagażniku, łapkami opierając sie o plecy. Dorastając do pełnoletności zaczął wypuszczać się na ksiuty, często na nocne wyprawy za co dostawał lanie. Wracał czasami po nocy ze skruchą z podwiniętym ogonem. Zawszę miał obronę w kobietach w słuzbach pomocnieczej tzw. waafkach. Cwaniak nauczył się trików. Kiedy usłyszał za sobą warkot samochodu, zaczynał kuleć na tylną łapę. Niektórzy już go znali, zwłaszcza panie. Zatrzymywały samochód, otwierały drzwi, Ciapek wskakiwał, a kiedy mijali lotnisko zaczynał się awanturować, żeby go wypuścić. Już go wszystcy wokół znali. Witał się ze znajomymi zawsze stojąc na tylnich łapach. Był bardzo lubiany, zresztą jak każde zwierzę domowe w Anglii. Pewnego razu załoga zabrała Ciapka do samolotu na zadanie bojowe, jako maskotkę na szczęście. Zachował się jak prawdziwy członek załogi. Kiedy bomby wybuchały i szalał pożar na dole, Ciapek patrząc przez szybę bombardiera szczekal okazując radość. Z czasem nie opuszczał żadnego lotu jako szczęsliwa maskotka, pierwszy po drabince wskakiwał do samolotu. Na dużych wysokosciach z braku tlenu Ciapek omdlewał. Mechanicy sporządzili mu maskę tlenową, pomogło. Po wylądowaniu, kiedy załoga po złożeniu sprawozdania szła do messy na posiłek, Ciapek zawsze dostawał swoją porcję. A kiedy na lotnisko przyjeżdżała Naafi (bufet na samochodach) o 10 godz. Ciapek pierwszy stawał w ogonku i dostawał swoje ciastko. Tak się utarło, że przynosi szczęście załodze. Latał wiec Ciapek na Bremę, Kolonię, Monachium i Berlin, przeważnie na zadania nocne.
Niebawem pojechał Ciapek ze swoim panem na urlop. Po urlopie znów zaczęły się dni normalnej pracy. Ciapka nigdy nie brakowało, zawsze stał na końcu w szeregu do odprawy na bojowe zadanie. Aż raz nad ranem długo mechanicy oczekiwali na powrót maszyny. Stało się. Oficer operacyjny wpisał kredą na czarnej tablicy, nazwiska załogi, a przy nich słowo "missing", czyli nie powrócili. W ostatniej rubryce widniało imię Ciapek. Z żalu spłakały się waafki, kucharki, uronił łzę kapelan, spili się z żalu piloci, mechanicy, nawigatorzy, strzelcy. Już nigdy nie stanął na odprawie w szeregu kapral Ciapek.
Wojciech Zmyślony
|
Bohater tekstu, Ciapek stojący na karabinach maszynowych tylnej wieżyczki Wellongtona. |
Kolejne z serii zdjęć Ciapek na kaemach, widoczna obroża na szyi psa. |
Grupowa fotografia 305 dywizjonu. Na przeszkolnym nosie Wellingtona pozuje Ciapek. Lindholme, lato 1942 r. |
|