Poniższy tekst to relacja st. sierż. Mieczysława Pawlikowskiego (wówczas bombardiera polskiej eskadry "C" w 138 squadronie) z lotu specjalnego nocą z 16 na 17 sierpnia 1943 r. (zrzut dla francuskiego ruchu oporu). Tekst został spisany kilkadziesiąt lat po wojnie:
- Jasiu, zmniejsz obroty lewego zewnętrznego, podskoczyła temperatura.
- O.K.
- Za pół godziny będziemy nad celem.
Pozostałe trzy silniki sygnalizują wskazówkami zegarów, że im gorąco, że rozgrzały się bardzo.
- Coś musiało nawalić.
- Może przestrzelili chłodzenie?
- Za piętnaście minut osiągamy cel.
Jest placówka. Zrzuty muszą być dokonane bardzo starannie. Muszą spaść na punkt. Pierwszy nalot nie udaje się. Robimy następny, lecz okazuje się, że nie można zamknąć drzwi bombowych.
- Przestrzelili przewód hydrauliczny.
- Rób szybko nalot! Zrzucimy i musimy się śpieszyć, żeby przed świtem zwiać przez Kanał.
Drugi nalot, spadochroniki z ładunkiem kołyszą się, dotykają ziemi. Zadanie wykonane. Mamy na zegarach około 900 stóp wysokości. Temperatura pozostałych trzech silników gwałtownie wzrasta. Drzwi bombowe otwarte i klapy opuszczone do maksimum stawiają szalony opór. Maszyna wciąż traci szybkość.
- Słuchajcie, nie dociągniemy do Anglii, przygotować się do skoku. Postaram się wdrapać, ile będzie można...
Zakładamy spadochrony. Moje szelki są potwornie duże. Z wściekłością pomyślałem o tym, który mi "wygadał skok". Ustalamy kolejność opuszczania samolotu.
- Ale maszyna jest jak kamień. Musimy lądować. Widzę tu polankę, spróbujemy na niej.
Jestem pewien, że myśli wszystkich pobiegły w tej chwili do kabiny pilota, który przecież jutro miał jechać do córki. Zrozumieliśmy, co znaczy przymusowe siadanie na czteromotorowej maszynie w nocy...
...Jasiowi nie ma prawa nic się stać.
...Choćby on jeden musi wyjść cało.
Układamy się w kadłubie na podłodze, spadochrony pod głowami - czekamy. Są to potworne chwile, podczas których przesuwa się przed oczami film całego życia, serce ściska żal, a równocześnie jakby rezygnacja. Usta, które zwykle w ciężkich chwilach szeptały modlitwy, by zabić lęk, teraz drżą, pęcznieją, palą...
- Uwaga! Siadamy.
Przymyka gaz. Słychać świst ciętego skrzydłami powietrza. Zapiera oddech. Serce, wszystkie wnętrzności podchodzą pod gardło, dławią.
Potworne jest czekanie na zderzenie z ziemią, która - Bóg raczy wiedzieć - czy nie wystrzeli w ostatniej chwili pniami drzew lub linią wysokiego napięcia. Wreszcie silne zderzenie, gasną światła, w maszynie błyski detonatorów i dym. Kłęby dymu wciskają się w płuca.
- Co z Jasiem! Przecież on jest sam jeden z przodu. Oszklony nos "Halifaxa" roztrzaskał się... Co z Jankiem?!
Maszyna toczy się po ziemi, podskakuje, ryje... Wyłazimy górnym otworem na zewnątrz. Samolot wciąż jeszcze sunie po ziemi.
- Jasiu! Gdzie Janek?!
- Musiało go przygnieść w kabinie!
- Rozbijać kabinę - słychać ze wszystkich stron.
Podbiegamy do kabiny pilota, by go wyciągnąć i oto... Janek najspokojniej wyskoczył na płat i otrzepał ubranie. Twarz, jak i my wszyscy, miał kompletnie czarną. Przed rozbitym nosem "Halifaxa" stała ściana drzew. Poczciwa maszyna jakby wiedziała, że musi zatrzymać się przed nimi. "Janka" zdawała sobie sprawę, że jej los jest i tak przesądzony, ale wierna chciała być ludziom, którzy przeszli z nią tyle chwil pięknych i ciężkich. Nie mogła sprawić im zawodu. Toteż ze smutkiem wielkim podpalaliśmy "Jankę", a ona płonąc ze spokojem i z godnością, jakby przepraszała nas, a szczególnie Jasia, że nie dociągnęła do bazy, że zostawia swoją załogę na obcej ziemi, na niepewny los...