Poniższy tekst to relacja por. Bernarda Buchwalda (wówczas pilota 316 Dywizjonu Myśliwskiego "Warszawskiego") z walki w dniu 12 kwietnia 1942 r. (eskorta bombowców lecących nad Hazebrouck). Tekst został spisany kilkadziesiąt lat po wojnie:
12 kwietnia lecę na samolocie Spitfire VB, nr 130E, na rear support target - czyli osłonę bombowców w czasie ich dolotu i powrotu znad celu. Dywizjon 316 leci w składzie całego polskiego skrzydła na osłonę 12 Bostonów w operacji dziennej o kodowej nazwie Circus - Cyrk. Zadaniem Bostonów było zbombardowanie węzła kolejowego w Hazebrouck. To tuż za St. Omer, w rejonie najsilniejszego zgrupowania niemieckich jednostek lotnictwa myśliwskiego. Będzie gorąco, pomyślałem. Prowadzę swoją czwórkę z prawej strony dywizjonu, a dywizjon kilkaset metrów za bombowcami, nieco z przodu. Jeszcze przed brzegiem francuskim ops melduje nieprzyjacielskie zgrupowania samolotów kręcących się na kierunku lotu naszej grupy i w rejonie celu. Me-109 i Fw 190, w małych grupkach, są widoczne wszędzie. Jedne wyraźnie widoczne ciągną wysoko warkocze pary wodnej, inne niżej, wypatrują najlepszego miejsca i najdogodniejszej chwili do ataku. Widać, że bez walk się tym razem nie obejdzie. Niemcy będą z pewnością chcieli zaangażować naszą osłonę myśliwską, gdy ich pozostałe samoloty zaatakują główny cel - bombowce. Widać, jak niektóre wysokie smugi urywają się - to maszyny, które poszły w dół. Dokąd? Jaki cel atakują? Trzeba dobrze kręcić głową - nie tylko w przenośni. Są! Idą w dół! Dwa Fw 190, a zaraz obok nich dwa Me-109 spływają wprost na moją czwórkę. Idą z góry z prawej. Podciągam swoich w górę w prawo, wprost na nich i strzelam krótką serią. Nie chcą się wiązać w walkę. Ich metoda to atak, ogień i odskok. Wszędzie samoloty! Najgęściej jest nad i z boku bombowców. Wszystkie nasze dywizjony są w walce. Już jakiś Spitfire ciągnie za sobą szarą, cieńką nitkę glikolu grubiejącą z każdą sekundą. Już jakiś Me-109 idzie w dymie i ogniu w dół. Już widać jakiś rozwinięty swą czaszą spadochron z sylwetką wiszącego pod nim pilota. Gdy czwórka moja leci, aby dołączyć do dywizjonu, dwa Me-109 przecięły nam drogę w ataku na niżej lecące Spitfire'y, więc pełen gaz i za nimi. Odległość jakieś 400 metrów; jeden z nich jest w celowniku - otwieram ogień krótką serią. Nie zdążyłem oddać drugiej, gdy po płatach mej maszyny zagruchotały pociski rozdzierając poszycie. Wykonują gwałtowny unik i widzę Fw 190 odchodzącego po ataku. Moment nieuwagi. Gdzie są moi? Nie ma ich. Pewnie też zaatakowani prowadzą walkę. Jestem sam. Nabieram wysokości, jaką straciłem w ataku na Messerschmitty. Coś się zaczyna dziać z moją Ewką. Silnik nie ciągnie jak trzeba. Zaczynam odczywać w kabinie podwyższoną temperaturę. Zaczyna się robić gorąco. Nie, nie z emocji, lecz od silnika. Mój Spitfire zaczyna ciągnąć za sobą cienką nitkę sinego dymu. Nadaję meldunek przez radio, że zostałem ostrzelany, silnik uszkodzony i biorę kurs na północ. Zadają pytania, lecz nie mam czasu bawić się w konwersację, gdyż już są! Dwa Focke Wulfy jakieś 100 m wyżej z lewej z tyłu, a dalej widzę jeszcze jednego Me-109. Zlatują się jak sępy. Kładę maszynę w głęboki, lewy, podciągany zakręt. Niemcy nie spodziewali się takiego manerwu, lecz są uparci. Kręcimy się więc dalej. Ja trzymam Spitfire'a w ciasnym kółku - ich maszyny mają większy promień skrętu - nie jest więc im łatwo mnie trafić. Wokół nie widać żadnego Spitfire'a. Pusto. Robi mi się trochę nieswojo. Zaczynam odczuwać samotność. Nade mną czarne niebo, a w dole, hen daleko, morze. Wysokość 30.000 stóp. Nagle, tuż, tuż przede mną, nieco wyżej, również w lewym spokojmym zakręcie leci Fw 190. Czyżby mnie nie widział? Gdzie te dwa pozostałe? Nie widzę. Ściągam więc Ewkę w nieco ciaśniejszy zakręt - dobrze. Poprawka dobra - ognia! Trzymam go w ognio mych karabinów i działek przez dwie, może trzy sekundy i... jest! Wybuch! Tam gdzie przed sekundami był, wisi czarna chmura dymu i fruwają jakieś kawałki. Lecz co to? Teraz gdy minęło napięcie, wyczuwam w kabinie zapach spalenizny i zrobiło się gorąco. Strzałka wskaźnika temperatury oleju przeszła już poza czerwoną kreskę ostrzegawczą. W zapale wydarzeń zapomniałem, że nie tak dawno temu oberwałem od Focke Wulfa. Szukam więc - może chłodnica zamknięta? Robię to, czego uczyłem innych, że robić nie należy - nie patrzę do tyłu.
I stamtąd przyszła celna seria. Mój Spitfire zatrząsł się, zdrętwiał. Ja też! Lecz tylko na ułamek sekundy, gdyż Fw 190, który mnie celnie ostrzelał, poszedł po ataku w doł i wyciągnął w górę tuż przed moim nosem. Lekko tylko podciągnąłem i ognia! Coś się tam u niego posypało, lecz dalszych skutków mego ataku już nie dostrzegłem. Wpadłem w korkociąg! Gdy podciągnąłem, aby otworzyć ogień do Niemca, kilka sekund temu, uszkodzony Spilfire stracił prędkość a odrzut karabinów i działek jeszcze ją zmniejszył. Usiłuję maszynę wyprowadzić. Nie reaguje. Ponawiam próbę: drążek do przodu, orczyk wyrównany lecz lekko w kierunku zwitek - nic! Odpinam pasy. Skakać do wody? Gorąc coraz większy. Czarny dym zaczyna wykreślać drogę korkociągu. Za chwilę maszyna może się zapalić. Stery bezużyteczne. Postanawiam skakać. Lecz nie zdążyłem. W tym momencie zostałem potworną siłą rzucony w prawy kąt kabiny. Spitfire wpadł w lewy płaski korkociąg. Sam się sobie dziwiłem, że z tak zimną obojętnością uzmysłowiłem sobie, że to już koniec - koniec ze wszystkim. Rzadko się bowiem zdarzało, bardzo rzadko, aby samolot, w dodatku poważnie uszkodzony i niesprawny, mógł z woli pilota wyjść z takiego położenia.
Najtragiczniejszym elementem sytuacji, w której się znalazłem, była moja całkowita bezsilność. Nie mogę ręki podnieść, głowy odchylić - niesamowita siła odśrodkowa przygwoździła mnie do siedzenia i burty kabiny. Słyszałem, że w chwilach zagrożenia przesuwają się obrazki z filmu życia, lecz w wyobraźni nigdy siebie nie widziałem w takiej sytuacji. Teraz widzę - jak wpadam do stawu, jak pędzą na mnie konie, jak lecę po raz pierwszy w życiu samolotem z Władkiem Kamińskim, jak kręcę pierwszą akrobacje na Ułężu. Może to ta moja sytuacja stwarza korzystny podkład pod tego rodzaju obrazkowe myśli. Wiem, że to już chyba koniec - że nic już nie może mnie wybawić przed nieubłaganie zbliżającym się zakończeniem tego życiowego epilogu. Żal tak młodo ginąć... Ale za TĘ z Białym Orłem?!
Straciłem rachubę czasu tego śmiertelnego tańca. Lecz nagle, co to? Nie kręci się! Mogę ruszyć ręką. Spitfire leci w dół lewym skrzydłem, lecz nie w korkociągu! Dymi, trzęsie się, lecz nie pali! Wyrównuję - reaguje. Dodaję ostrożnie gazu - silnik kaszle, kicha, lecz lekko ciągnie. Jednak lecę. Wiem. że nie na długo. Pode mną, jakieś 40-50 m, woda. Stale tracę wysokość. Na wprost, może 800, może 1000 metrów, brzeg. Dociągnę? Nie, nie dolecę. Wyłączam iskrowniki. Spitfire odbija się kaczką od wody i wrzyna w piasek francuskiej plaży, zahaczając prawym skrzydłem o zaporę przeciwczołgową. Ból. Straciłem na chwile przytomność. Nie byłem bowiem przypasany. Odpiąłem pasy, gdy chciałem skakać tam hen w górze. Głową poleciałem na celownik optyczny, bokiem uderzyłem w lewą burtę - wtedy to musiało nastąpić pęknięcie łuków kręgowych. Gdy przyszedłem do siebie i ocknąłem się, wyskoczyłem na piasek.